O Egipcie słów kilka

27 września

Gdy podjęliśmy decyzję, że na nasze pierwsze, zagraniczne, w wersji "All inc." wakacje wybierzemy się do Egiptu, niejednokrotnie zostaliśmy zapytani przez znajomych czy się nie boimy. Wtedy może i mieliśmy jakieś wątpliwości, w końcu inny kontynent, całkiem obca kultura i "ten Islam", ale z uśmiechem odpowiadaliśmy, że nie. Teraz wiemy, że Hurghada stoi przed turystami otworem i jeśli mamy się bać to tylko jednego.

Czego?


Siódmego września, jakoś w godzinach popołudniowych znajdowaliśmy się na pokładzie samolotu linii Small Planet lecącego do Hurghady. Nie lubię/boje się latać, a ten lot był szczególnie nieprzyjemny. Gdy pilot lądował wziął niewyobrażalnie mocny, ostry zakręt, przez co odczuwałam stan jakby właśnie woda wylewała mi się z mózgu i zalewała czaszkę. Już po chwili poczuliśmy pierwszy oddech gorącego powietrza, a może i samego Faraona witającego nas w swoim mocno pisakowym kraju. Naszym biurem podróży było Tui (zawsze kupuje wakacje przez pośrednika wakacje.pl. U mnie w Olkuszu jest ich biuro, gdzie pracuje p. Agnieszka - cudowna kobieta!), które już na dzień dobry skubnęło nas na kilka $. Podobno dało się tego uniknąć, ale jako, że my, "pierwszaki" w Egipskiej codzienności, woleliśmy po prostu dać im zarobić niż się wykłócać z obco wyglądającymi Panami, zapłaciliśmy te 28$/os. za wizę, zamiast 25$/os. Tui wskazało nam nasz autokar przewożący do hotelu, kilka słów od rezydentki, którą widzieliśmy pierwszy i ostatni raz (spotkanie z rezydentem odpuściliśmy) i już po chwili przemierzaliśmy ulice już-ciemnej-Hurghady (w Egipcie strasznie wcześnie i szybko zachodzi słońce). Hotel przez nas wybrany - Sea Star Beau Rivage, mieści się w spokojnej dzielnicy. Dla nas - idealnie. Pragnęliśmy spokoju i ciszy, czego w samym centrum, Sakali, byśmy nie uświadczyli. Taksówka do centrum kosztowała 4 dolary w dwie strony.


One dolar, bakszysz, napiwek. U nas od razu trafiło 10$ do paszportów, chociaż osoby, które były już w Egipcie mówiły, aby tego nie robić. Od tej kwoty nie zbiednieliśmy, a dostaliśmy dość duży, przytulny pokój z widokiem na baseny i morze. Znów inni, którzy odmówili "dopłaty" raczyli się widokiem na ścianę lub sklepy i budynki a'la nasze Slamsy. Hotel w sam sobie bardzo w porządku. Jeśli  ktoś jedzie do kraju Arabskiego i narzeka potem, że w hotelu jest pełno Arabów to niech się.. puknie w głowę. :) To tak jakby narzekać, że w Polsce są Polacy. Rozumiem narzekanie, że goście to Niemcy, Rosjanie, Chińczycy, ale nie narzekajmy na ludzi pochodzących z kraju, do którego przyjechaliśmy. U nas obłożenie było bardzo przyjemne: masa Polaków, dość sporo Egipcjan oraz Chińczyków, a reszta Anglicy, Niemcy... Nie spotkało nas nic nieprzyjemnego od tamtejszej ludności. NIC. Praktycznie nie czułam ich obecności. Normalni goście hotelowi, jak każdy. Słyszałam opinie, że w innych hotelach zachowywali się jak "świnie w korycie". Nic z tych rzeczy. Sympatyczni, przyjaźnie nastawieni, całkowicie normalni. Co do jedzenia - nie chodziliśmy głodni, a niektóre potrawy, np. gulasz czy kaczka, podbiły nasze serca. Wybierając się do Arabskiego kraju musimy mieć na uwadze, że schabowego nam tam nie podadzą ;)


Tak jak pisałam - nie poszliśmy na spotkanie z rezydentką TUI. Powód był prosty - nie byliśmy zainteresowani kupnem wycieczek od biura podróży. Ceny powalają. Wycieczkę Sahara Park wykupiliśmy od Marty - Polki mieszkającej w Hurghadzie i szczęśliwej żony Egipcjanina (i mamy też :) Cena jest BARDZO niska (nie wiem jak w Tui, ale w Rainbow za tę samą wycieczkę fakultatywną moi rodzice płacili 45$, gdzie my 17$. Jest różnica, prawda?). Marta opowiedziała nam o tym jak się żyje w Egipcie, zdradziła kilka sekretów. Polecam, polecam, polecam! Wycieczkę Sahara Park polecam dla osób lubiących adrenalinę, ale uważajcie - jest bardzo gorąco. Mój organizm nie wytrzymał i chwilę musiałam być schładzana zimną wodą, leżąc w cieniu pod arafatką. Wioska Beduińska, Beduinka wypiekająca tradycyjny placek/chlebek, jeżdżenie na wielbłądach, quady, dżipy, show i cała masa innych atrakcji. Dzień spędzony maksymalnie pozytywnie.



Jednak coś mi się nie podobało w Egipcie. Zemsta Faraona. Trzeciego wieczoru w moim żołądku coś zaczęło się dziać. Wtedy było jeszcze znośnie. Dwie tabletki przywiezione z Polski i już po chwili oglądałam wieczorne show popijając whisky z colą. Jednak w nocy... w nocy obudził mnie oraz mojego J. silny ból. Nie życzę nikomu, nawet największemu wrogowi, aby przeżył coś takiego. Chciałam wracać, być w Polsce, żałowałam, że jestem w Egipcie. Nie cieszył mnie cudowny dzień spędzony w słońcu na plaży i basenie. Nie cieszyło mnie totalnie nic. Chciałam do lekarza, szpitala, zastrzyk, cokolwiek aby to minęło. Jakoś po 5 udało nam się usnąć, aby przed ósmą znowu się obudzić. Czułam się odrobinę lepiej, na tyle aby dojść na śniadanie (gdy jestem głodna wszystko zrobię dla jedzenia) i wyskoczyć do apteki po miejscowe leki. Arab skroił mnie równo, ale nie miałam siły się targować. Zapłaciłabym i dwa razy tyle, aby pomogło. I pomogło. Po kilku godzinach pływaliśmy w basenie śmiejąc się z Faraona. Powiem Wam, że chyba nic nie umacnia tak związku jak przeżycie tych katuszy! :)

Na zdjęciu leki w które zaopatrzcie się zaraz po przywitaniu się z Egiptem. Jeśli nie będą Wam potrzebne - świetnie! Ale jeśli będą... niech będą pod ręką ;) 


Egipt to świat całkowicie inny od tego jaki znamy. Jego kultura, codzienność i życie zachwyca, dziwi i niepokoi. Czy wróciłabym? Oczywiście! Mam nadzieję, że już w przyszłym roku, tym razem zimą, ponownie spotkam się z Faronem (niech tym razem się nie zemści!!), a także odkryję piramidy w Kairze czy miasto pałaców - Luksor. 

Jednego jestem pewna - to były najbardziej niesamowite i najlepsze wakacje mojego życia. Może nawet nie chodzi o miejsce, ale o ludzi - w końcu nie ważne gdzie, ważne z kim.


kombinezon tutaj torebka tutaj

You Might Also Like

7 komentarze

  1. Mam nadzieję, że kiedyś pojadę tam z mężem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj byłam dwa lata temu i były to najgorsze wakacje mojego życia. Może dlatego, że nie byłam (tak jak teraz wyjeżdżam) z chłopakiem, lecz z rodzicami i siostrą, to był prezent na urodziny taty. Tego co tam się działo nawet nie chce opisywać, bo zepsuje humor sobie i innym czytającym, oczywiście cieszę się, że u Ciebie było w miarę ok. Dodam tylko, że z tych gorszych rzeczy, to to, że moją siostrę na każdym kroku (w hotelu, na wycieczce) zaczepiali, chcieli kupić itd.. To było do szpiku kości niesmaczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt nie zaczepiał, nikt nikogo nie chciał kupować. Aż jestem w szoku.. Sama czułam się maksymalnie komfortowo.

      Usuń
  3. Przepieknie a jaka Ty opalona <3

    Zapraszam https://ispossiblee.blogspot.com/2017/09/jensowa-bomberka.html

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale bym chciała się kiedyś tam znaleźć :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajne zdjęcia :) Szkoda tylko, że się pochorowaliście i lot był nieprzyjemny... A niforoksazyd jest do kupienia również w PL, ja biorę go przy zatruciach i "grypach" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieliśmy! Na 2h pomagał :) chyba działa troche inaczej niż ten Egipski..

      Usuń

Każdy komentarz znaczy dla mnie bardzo wiele. Dziękuję ♥
Jeśli podoba Ci się mój blog - zaobserwuj.
Chętnie Cię odwiedzę. Nie mam nic przeciwko zostawianiu linka do Twojego bloga w komentarzu, ale i bez tego bez problemu Cię znajdę. :)